być może
‘…wyniósł się na podest schodów, tu postał, posiedział, wstał, wdał się w ciąg korytarzy.’ Miron Białoszewski, Baba z żółtym psem
najlepiej stoczyć się w bujną przepaść snu zacząć żyć jak gdyby nie istniało się w tej pustce tak sprawnie wymykającej się nazwaniu czasem wypuszczam się jak nowiusieńki banknot na miasto i puszczam się w wir ulic zagraconych ludźmi i sklepami a kwiaty krzykliwe i sztuczne puszą się na moim słomkowym kapeluszu jak światło na dumnych dachach kaukazu albo taplam w kałużach i śmieję do siebie rozmawiam na głos z urojonym przyjacielem patrzę jak księżyc stawia się chmurom mój księżyc dziecko wszystkich dni strumień żywej czerwieni jestem ogniem imion których nikt nie poznał lub sadzam swoje chude dupsko na byle której ławce opieram plecy o zimną jak przysięga ścianę i patrzę na światło przecierające się przez pył wzburzony przez stalowego wieloryba sierotę gdy zgodnie z rozkładem wtacza się na peron by wypluć stającą dzień w dzień do tego samego boju z wrogiem którego wcale nie chcą pokonać potulną zgraję zakładników najlepszego z systemów wymyślonych przez człowieka czas jest niepewny i być może już za chwilę jakiś zbłąkany pocisk trafi dokładnie w miejsce w którym piszę ten wiersz i wszystko czym tak bardzo się szczycę wszystko co podziwiam wszystko co jest rozbłyśnie i w okamgnieniu wyparują mi oczy i język tak naprawdę jestem niczym więcej niż falą oceanu pozbawioną celu poza przekazaniem istnienia moje umiłowanie miłości jedzenia sprawnego samochodu przestronnego mieszkania dobrej muzyki posiadania rodziny przyjaciół mebli zawodu książek ambicji i znośnych butów na zimę moja duma i piołun porażek a także pragnienie stworzenia czegoś co przyda się innym albo przynajmniej ucieszy kogoś przez chwilę cały mój bunt i cała ta zgoda są niczym więcej niż skutkiem ubocznym ewolucji mózgu fantasmagorią równie bolesną co powierzchowną której nikt nie jest winny jestem falą oceanu zostanę przysypany piachem pokoleń dlatego właśnie na wirtualnej kartce podstarzałego laptopa wystukuję dyktowany mi wiersz pozwalam sobie piać nad obrazami wczytuję się w architekturę londynu paryża santiago upijam kształtem i kolorem chmur o zachodzie słońca stertą kamieni w egipcie czy skromnością domów na przedmieściach tokio co jakiś czas lubię przysiąść na ławce na której sypiałem w czasach bezdomności nucę słuchając take five i wiedząc że już za chwilę słońce wzejdzie na nowo jak wariat drę ryja do three little birds pędząc pustą autostradą w listopadowy poranek pełen gęstej mgły i nadziei na spotkanie z tobą
Wilno, 14 listopada 2025